Anna Burzyńska
SZAMBALIA – SEN ARTYSTY
Recenzja premiery rock opery „Szambalia”
autorstwa Macieja Pawłowskiego i Anny Marii Nowak
/24 czerwca 2014 roku
Warszawa, Amfiteatr w Parku Sowińskiego na Woli/
Do końca nigdy nie wiadomo, co jest pierwsze: pojedyncza nuta, czy jej inspiracja. A może obie zjawiają się jednocześnie, na kształt nieśmiałego pragnienia i tęsknoty? O krok przed ranną zorzą, w głębokiej ciszy przed pierwszym wschodzącym dźwiękiem uwertury dla nowego dnia, rojona na krawędzi snu melodia zjawia się nagle w głowie kompozytora korowodem grających obrazów, które układa on na pięciu, bezładnych jeszcze, liniach świtu. Nowe marzenie… Sto lat temu napisałabym, że po przebudzeniu niecierpliwe ręce artysty, wciąż pełne muzyki sprzed chwili, sięgają po kartki i pióro, by tę melodię, rodem ze snu, co jeszcze mgłą zasnuwa umysł i serce, zapisać, ale dziś artysta sięgnąłby raczej do klawiatury komputera, niźli do kartek i pióra. Na czymkolwiek jednak zapisze te nuty, ważne, by żadnej z nich nie uronił, bo każda z tych nut jest na wagę złota. Tak rodzą się wielkie partytury…
Czy właśnie w ten sposób powstawała rock opera „Szambalia”, której premierę mieliśmy okazję zobaczyć 24 czerwca 2014 roku w warszawskim Amfiteatrze w Parku Sowińskiego na Woli? Musielibyśmy zapytać o to jej Twórców: kompozytora, Macieja Pawłowskiego i autorkę libretta, Annę Marię Nowak. Mogę Wam jedynie opowiedzieć, co ja czułam tamtego czerwcowego wieczoru, będąc obecna na tym dość niezwykłym i wyjątkowym wydarzeniu.
Uwertura jest jak obietnica, którą kompozytor składa w sekrecie każdemu widzowi. W każdym jej dźwięku słychać jego uroczyste przyrzeczenie, że te pierwsze nuty to zaledwie przedsmak prawdziwej uczty i widowiska na scenie, co nie będzie miało sobie równych. Widzowie często nie zwracają uwagi na uwerturę, której nie zawsze towarzyszy gra aktorska i choreografia. Uwertury także bywają różne. Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że część z nich przechodzi całkiem bez echa przez moją głowę oglądającą przedstawienie, a i potem nie potrafię sobie przypomnieć, o czym były. Niekiedy uwertury bywają oszałamiająco piękne, ale potem twórcy nie są w stanie utrzymać tego poziomu i nastroju w dalszej części przedstawienia. Wówczas kompozytor z obietnicy się nie wywiązuje, a widz ma prawo wyjść z przedstawienia rozczarowany. Z „Szambalią” jest inaczej. Od pierwszego jej dźwięku mamy niejasne przeświadczenie, że ta uwertura, ta muzyka i cała rock opera, będą inne, niż cokolwiek, co dotąd oglądaliśmy na scenie. Tutaj uwertura jest nie tyle zwiastunem, co soczewką, w której skupiają się zapowiedzi wszystkich później w utworze poruszanych wątków i problemów. Ale uwertura „Szambali” jest także, a może przede wszystkim wołaniem. Głosem z dalekiego świata, obcym zupełnie, a jednak bliskim, jakbyśmy go znali, całe życie. Ten głos z daleka od pierwszego uderzenia w bębny zmusza nas do uwagi i już do końca nie pozwoli o sobie zapomnieć. A wrażenia, jakie w nas wywoła, będą nas prowadzić grającymi obrazami przez cały musical, balansując niebezpiecznie na pograniczu światów: rzeczywistości i snu. Obok tej uwertury nie można przejść obojętnie. Tej uwertury nie da się zapomnieć. Jej muzyczne motywy towarzyszyć nam będą jeszcze długi czas po zapadnięciu kurtyny i po tym, jak w teatrze pogasną wszelkie światła.
Libretto. Rzecz dzieje się w dwóch światach: w Niemczech i na terenach zajętych przez III Rzeszę oraz w Tybecie i w podziemiach Królestwa Szambali. Akcja rozgrywa się także w dwóch płaszczyznach czasowych, a zaryzykuję nawet tezę, że i w kilku czasowych przestrzeniach jednocześnie: w dwudziestoleciu międzywojennym oraz w czasie II wojny światowej w III Rzeszy, w Tybecie, w którym upływ czasu jest zaledwie dostrzegalny, oraz w podziemiach starożytnego świata Szambali, gdzie – można odnieść wrażenie – czas nie istnieje i nigdy nie istniał. Ciekawym zabiegiem są inwersje czasoprzestrzenne w utworze: poznajemy dalszy bieg wydarzeń, nim one same zdążyły pojawić się na scenie, przeskakujemy z miejsca do miejsca i skaczemy po osi czasu, co sprawia, że utworu pod żadnym pozorem nie można uznać za banalny.
Autorzy osadzili fabułę częściowo w Ludwikowicach Kłodzkich, w których fabryka amunicji Dynamit AG należąca do Koncernu Nobla, wchodziła w skład jednej z największych zagadek III Rzeszy i Gór Sowich – Kompleksu Riese – do dziś nierozwiązanych. Już samo to otacza akcję utworu atmosferą tajemnicy. A im dalej, tym tych tajemnic więcej… Co więcej, Anna Nowak konstruując libretto oparła je na znanych i w sztuce chętnie podejmowanych powiązaniach hitlerowskich Niemiec z okultyzmem i artefaktami starych światów, w których ukryta była nadprzyrodzona moc. Temat ten z powodzeniem podjął swego czasu Spielberg tworząc dwie części „starej” trylogii o przygodach Indiany Jonesa, w których naziści poszukiwali Arki Przymierza oraz Świętego Graala, a więc przedmiotów, którym przypisuje się Boską moc. Autorka libretta porzuca jednak te osobliwe związki nazistów z chrześcijaństwem koncentrując fabułę musicalu na starej legendzie, do dziś przekazywanej z pokolenia na pokolenie przez mieszkańców Gór Sowich, że któregoś dnia Niemcy drążąc podziemne korytarze w Ludwikowicach Kłodzkich, natknęli się na tajemnicze przejście, za którym spotkali przedstawicieli cywilizacji Szambali. Zresztą poszukiwania nazistów w Tybecie także związane były z poszukiwaniami Królestwa Szambali, aby wykorzystać jego wiedzę i moc do ostatecznego zwycięstwa III Rzeszy nad światem.
„Szambalia” to utwór, którego jednym słowem określić się nie da. Z całą pewnością jest to opowieść o przyjaźni, która jednak zostaje poddana próbie i tej próby nie przetrwa. Jest to też opowieść o miłości i przeznaczeniu, bo Pas i Ian są sobie przeznaczeni od wieków. Opowieść o dojrzewaniu do dorosłości i odpowiedzialności, o wyborze tego, co w życiu naprawdę ważne, o ciemnych stronach człowieczeństwa, które każdy z nas w sobie nosi. Autorzy przedstawili Europę w jej najbardziej niespokojnych czasach – rodzących się mocarstw totalitarnych i bodaj najstraszniejszej wojny, jaką oglądał dotąd świat – i zrobili to, pokazując zarówno szalone lata 20. i 30. XX wieku, jak i mroczną, supertajną niemiecką bazę wojskową w Górach Sowich.
Ale Autorom udało się osiągnąć jeszcze jedną rzecz, której nie da się przecenić: ożywili legendę Orientu. Odkąd na świecie rozpoczęła się gorączka tworzenia kolonii, pojawiło się wśród Europejczyków coś, co nazwalibyśmy zachwytem nad wszystkim, co pochodziło z Dalekiego Wschodu. Najlepiej można to zobaczyć na przykładzie wiktoriańskiej Anglii i Indii Brytyjskich oraz Francji i będących jej kolonią Indochin. Orient z jego odmiennością, tajemnicami, kultem i rytuałami jawił się w powszechnej świadomości, jako coś niezwykłego i pożądanego przez wszystkich. Owa gorączka Orientu utrzymywała się z większym lub mniejszym nasileniem do czasu uzyskania niepodległości przez kolonie, a najdalej kończyła się na II wojnie światowej. Dziś w dobie internetu i dostępnych szeroko wycieczek do Indii, Chin, Wietnamu i Japonii, gdy kraje te zostały wszerz i wzdłuż przejechane i poznane, trudno o podobną gorączkę wśród młodego pokolenia. Ania Nowak wraz z Maciejem Pawłowskim budzą jednak – z sukcesem – stary, urokliwy, tajemniczy Orient i ożywiają go na naszych oczach. Pokazali nam go w nowej zupełnie odsłonie i pozwolili się nim zachwycać do woli. Razem z nimi.
Fabuła opowiedziana jest ciekawie, mądrze i trzyma nas w napięciu. Jest też bardzo zwarta, co nie pozwala widzowi nawet pomyśleć o nudzie. Ciekawie nakreślone postacie /o czym niżej/, powikłane wątki, wiele odniesień do historii świata, korzystanie pełnymi garściami z dobrodziejstw mitów i legend tybetańskich, czynią ją niepowtarzalną i niezapomnianą.
Niebywałą gratką dla fanów kultury i tradycji Indii i Tybetu jest to, że w rock operze użyty został sanskryt, jako język Królestwa Szambali. Jest to podyktowane tym, że gdy Szambaliści postanowili zejść pod ziemię, wówczas język ten był powszechnie używany. „Szambalia” jest chyba jedynym utworem Zachodniego Świata napisanym częściowo w sanskrycie.
Aktorzy i ich bohaterowie. Trzej przyjaciele /Hans, Ian i Joseph/ są przedstawieni w sposób ciekawy i – co niezmiernie ważne – nie są to postaci kreślone jedną kreską. Każdy z bohaterów ma jakąś przeszłość, która go ukształtowała, nie ma mowy o bohaterach bez wyrazu. Każdy z przyjaciół jest inny: inne ma marzenia, inny charakter, inną wizję własnej przyszłości, inne poglądy, które prowadzą go przez życie. Co ważne, Autorzy konsekwentnie trzymają się charakterystyk swoich bohaterów przez cały utwór, mimo że poddają ich niejakim przemianom. A co jeszcze ważniejsze, aktorzy grający w dniu premiery trzech przyjaciół: Karol Czajkowski /Hans/, Grzegorz Żórawski /Ian/ i Przemysław Dankowski /Joseph/ doskonale rozumieli swoich bohaterów i świetnie czuli się w swoich rolach i było to widać.
Ian to typ awanturnika żądnego przygód, wolności, swobody i przyjemności. Jest korzystającym z uroków życia kobieciarzem, dla którego ustatkowanie się jest czymś równie odległym, co starość. Realizując swoje marzenia, podróżuje po świecie, czerpiąc z tego radość i spełnienie. Dopiero w Tybecie, w którym spędza długie lata, oraz w podziemnym świecie Szambali Ian zmienia się, powiedzielibyśmy, że dorasta i dojrzewa, zdając sobie sprawę z tego, co naprawdę w życiu ważne, a zakładając rodzinę z Pas, bierze na siebie odpowiedzialność nie tylko za żonę i syna, ale i za losy całego świata. Nadal pozostaje wierny swoim ideałom i młodzieńczym marzeniom, a jego wysiłki i dążenia zostają nagrodzone, odkrywa bowiem najbardziej tajemniczą z tajemniczych cywilizację starożytnego świata. Właśnie ową dojrzałością i medytacją, spokojem i lojalnością, zdobywa ukochaną kobietę, a urokliwy świat Szambali staje się jego nowym domem. To z ich związku narodzi się długo wyczekiwany w obu światach Wybraniec.
Joseph to typ bladolicego, nieśmiałego i pełnego kompleksów genialnego naukowca. To outsider, który tak bardzo zapomniał się w swoich wynalazkach i naukowych książkach, że nie pamięta już, jak wygląda świat na zewnątrz, ani czy on w ogóle jeszcze istnieje. Widać to zwłaszcza w scenie, gdy Ian prowadzi go do domu publicznego, a Joseph w ogóle nie może się w nim odnaleźć. Ale Joseph to także Żyd niemieckiego pochodzenia, który dzięki ustawom norymberskim staje się obiektem prześladowań i szykan ze strony Aryjczyków. Joseph jakkolwiek nie godzi się na takie różnicowanie, to jednak nie staje do walki, raczej pokazana jest jego nieporadność – jako naukowca-geniusza i jako Żyda, który się nie sprzeciwi niemieckiemu panu. I Przemysław Dankowski w sposób fenomenalny postawę, charakter i osobowość Josepha oddaje. I to nie tylko głosem, ruchem na scenie, strojem, czy mimiką, ale nawet ułożeniem ramion, szyi i głowy, które wskazują na permanentną nieśmiałość. Kiedy się nań patrzy, dochodzi się do wniosku, że on najlepiej czuje się w zaciszu swojego laboratorium naukowego, ze słupkami liczb, stosami matematycznych obliczeń i niestworzonymi konstrukcjami wynalazków – opatentowanych już i tych przyszłych, czekających na zarejestrowanie. W postawie Josepha widać coś jeszcze, co jest bardzo charakterystyczne dla bohatera o takim pochodzeniu: strach. Stale obecny, zagnieżdżony właśnie w tych przygarbionych, pochylonych do przodu i ku sobie ramionach, w spojrzeniach pełnych lęku, rzucanych ukradkiem, z ukosa, nerwowych. W czasie prześladowań hitlerowskich niewielu Żydów miało odwagę postawić się Niemcom. Większość wybierała postawę spokorniałej duszy, która przemyka się cichaczem pod ścianą budynku, chcąc być niewidzialna. I widać to w grze Przemysława Dankowskiego, co wynika ze świetnego zrozumienia przezeń emocji bohatera. Joseph także przechodzi przemianę w Tybecie, gdzie nabiera pewności siebie i umiejętności współpracy z ludźmi /dotąd bowiem większość czasu spędzał wśród swoich liczb i wynalazków/, zakochuje się z wzajemnością, co pomaga mu uwierzyć w siebie, a potem zdobywa się na odwagę, by przeciwstawić się Niemcom i ratuje Pas.
Hans – mroczny charakter „Szambali” – nie jest jednak ani zupełnie czarny, ani do końca zły. W przeszłości miał tak samo piękne marzenia, jak jego obaj przyjaciele, ale sytuacja w domu – samobójstwo ojca, konieczność zaopiekowania się matką i zarobienia na utrzymanie rodziny – zmusiły go, w dobie kryzysu gospodarczego i szalejącego w Niemczech bezrobocia, do ich porzucenia i do wstąpienia do SS. Komuś, kto nosi w sercu wielkie pragnienia, nie trzeba tłumaczyć, jak gorzkie i okaleczające dla duszy jest porzucenie ich i jak straszliwe piętno to ze sobą niesie. Hans jest przykładem na to, że każdy z nas ma w sobie ciemną stronę i w sprzyjających okolicznościach może ona dojść do głosu. Hans, okaleczony samotnością i poczuciem bezradności, popchnięty przez sytuację ekonomiczną w szeregi SS, robi w wojsku zawrotną karierę, rekompensując sobie tym niejako gorycz straconych marzeń, a ambicja, umiejętnie rozdmuchiwana przez jego zwierzchników i obietnica wielkich korzyści płynących z mocy kryształu, popychają go do oszustw i zbrodni. Hans zatraca zupełnie zdolność rozróżniania dobra od zła, wiedziony żądzą władzy, kala przyjaźń Iana i Josepha, podnosząc rękę na życie ich obu. Jest przykładem tego, co ideologia /tu nazizm, ale równie dobrze mogłaby to być każda inna ideologia/ może zrobić z umysłem człowieka, jak go wykrzywić i jak silnie wpływać na los jego i najbliższych mu osób. I jak niebezpieczne to jest narzędzie dla młodych, chłonnych i podatnych na ideologie umysłów. Ale Hans jest też wielkim przegranym tej opowieści. I wcale nie dlatego, że ginie na progu świata Szambali. Ale dlatego, że do końca pozostaje rozdarty. Nie ma ani młodzieńczych marzeń, ani władzy, ani kryształu, ani wielkich mocy, jakie miał nadzieję dzięki niemu rozpętać. Hans przegrywa jako człowiek: traci przyjaciół z dawnych lat, a lojalność żołnierzy w SS trudno nazwać przyjaźnią. Nie osiągnął celu, w jakim wysłano go do Tybetu, nie zbudował broni opartych na mocy kryształu, a wiedza i umiejętności Szambalistów przerosły jego inteligencję. Ginie na granicy dwóch światów i dwóch potęg: hitlerowskiej III Rzeszy i Szambali. Ta śmierć jest symboliczna: bo Hans nie jest ani z jednego, ani z drugiego świata. Świetna kreacja Karola Czajkowskiego, który wczuł się w nazistowskiego pana: dumnego Aryjczyka, sztywnego, bezwzględnie i dosłownie po trupach dążącego do realizacji swych planów, pewnego siebie, pozbawionego litości i wszelkich ludzkich odruchów człowieka, ale też rozdartego, okaleczonego i rozgoryczonego, który zbyt jest dumny, by się do tych słabości przyznać.
Pas – od początku do końca pozostaje zagadką – podobnie, jak pozostali członkowie cywilizacji Szambali: Król Kalki i jego żona. Wiemy o niej, że jest posłuszną córką, wychowaną w duchu proroctwa, o którym wie, że musi go wypełnić. Pas symbolizuje wszystko, co czyste i piękne, spokojne, uduchowione, pełne miłości i pokory dla świata i wiedzy o nim. Stoi w opozycji do cywilizacji ludzi, zwłaszcza cywilizacji totalitarnej, zideologizowanej III Rzeszy, nastawionej na zabijanie i podbój. Anna Śmiałek, która w dniu premiery wcieliła się w rolę Pas, ma w sobie właśnie tę niewinność, kruchość i ogromny wewnętrzny spokój. Bohaterka jednak nie zdradza nam nic o sobie, ani tajemnic Szambali, zostają one przemilczane i – jak sądzę – jest to zabieg celowy. Szambalia nie byłaby tak ciekawa i pociągająca, gdyby Autorzy rock opery odkryli przed nami wszystkie jej sekrety. Kiedy opowieść się kończy, pozostajemy pod wrażeniem owej wspaniałej cywilizacji, która nadal pozostaje dla naszych oczu ukryta i osnuta tajemnicą. Mamy to wyjątkowe szczęście, że przez ponad dwie godziny mogliśmy ją oglądać, ale poznanie jej sekretów leży poza naszymi możliwościami. I wcale nie dlatego, że Autorzy musicalu nam tej wiedzy bronią, ale dlatego, że nikt naprawdę do końca nie wie, kim są i jacy są jej mieszkańcy. Myślę, że Szambaliści tak się właśnie zachowują: niekiedy ukazują się szczęśliwcom, przyglądają się im z ciekawością i w milczeniu odchodzą. Niepoznani. Właśnie z tej tajemnicy płynie ich wewnętrzne piękno. A im bardziej są tajemniczy, tym bardziej nam się podobają.
Morgan – jest pomostem pomiędzy trojką przyjaciół i kulturą Zachodu a Tybetańczykami i kulturą Dalekiego Wschodu. Zna doskonale zwyczaje panujące w Tybecie i ma w sobie wiele ze spokoju i pokory wobec świata, którą krzewią Tybetańczycy. Morgan prowadzi przyjaciół przez gąszcz tajemniczych rytuałów tego zupełnie innego świata i szybko odnajduje się wśród przedstawicieli Szambali. Jest postacią ze wszech miar neutralną, ale też symbolizuje silną, odważną kobietę, która sama o siebie dba. Morgan jest typem feministki, ale w jak najbardziej pozytywnym wydźwięku tego słowa. To kobieta silna, wykształcona, która potrafi sama o siebie zadbać. Zasłania własnym ciałem Pas przed zamachem Hansa. Oczywiście wynika to z jej lojalności i przyjaźni dla Pas i Iana, ale być może oznacza także, że Morgan rozumie znaczenie Pas dla przepowiedni i dla całego świata /Pas urodzi przecież Wybrańca, który przywróci światu trwały pokój/ i ratując ją, ratuje cały przyszły świat.
Ludzie – jako cywilizacja Zachodu – pokazani są na pewnym szczególnym etapie swego rozwoju, w czasach, gdy do władzy dochodzą ekstrema, takie jak Hitler, czy Stalin, zaś narody same z siebie i świadomie rezygnują z demokracji na rzecz systemów totalitarnych, systemów siły i wojny. Oczywiście umożliwia to sytuacja ekonomiczna i społeczna, rozczarowanie dotychczasowym porządkiem politycznym, strach przed niedawno zakończoną I wojną światową, niepokoje ideologiczne, a nade wszystko same ideologie, które wśród ludzi, którzy nie mają już nic do stracenia, zwłaszcza wśród młodzieży, znajdują posłuch. Ludzie – jako bohater zbiorowy – przeciwstawieni są cywilizacji Szambali. Do tego Autorzy na tło wydarzeń i zbiorowego bohatera wybierają III Rzeszę, jako przykład cywilizacji zniewolonej przez ideologię, cywilizacji, która w takim kształcie nie jest w stanie posiąść wiedzy i mądrości Szambali, ani też osiągnąć wyższego stopnia rozwoju, ponieważ umysły ogarnięte ideologią, pozostają zamknięte na wszystko, co inne i niezgodne z doktryną /o czym niżej/. Natomiast ludzie – jako cywilizacja Dalekiego Wschodu – jawią się już o wiele bardziej podobni w swoim życiu i postępowaniu do Szambalistów. Tybetańczycy są przedstawieni jako całkowite zaprzeczenie ludzi Zachodu: nie są żądni władzy, a w tym czasie w Tybecie nie toczą się żadne działania wojenne. Nie ma tam też ideologii, która ograniczałaby i zamykała ich umysły. Jest to społeczność pokoju, pokory i medytacji, mądrości, dzięki której to właśnie oni dostępują zaszczytu obecności podczas ceremonii otwarcia Czerwonych Wrót. Jest to też cywilizacja najbliższa ideałowi, jeśli za taki uznawać Szambalię.
Szambaliści – jako cywilizacja – są zagadką, a ich wiedza, mądrość i osiągnięcia stają się obiektem pożądania ludzi. Przedstawiciele tego świata jedynie nam się pokazują, nie odsłaniając przed nami żadnej ze swych tajemnic /może poza tą, że jedne z Wrót do Szambali znajdują się gdzieś w tajemniczych podziemnych tunelach w Ludwikowicach Kłodzkich/. Są żywą tajemnicą, ucieleśnieniem legendy i to w nich, jak w soczewce, skupiają się wszelkie pozytywne cechy idealnego społeczeństwa. Szambaliści to ideał, do jakiego ludzkość powinna dążyć, ale na przykładzie III Rzeszy widzimy, jak bardzo ludziom jest jeszcze daleko do osiągnięcia takiego stopnia rozwoju duchowego, by być godnymi do komunikowania się z Szambalią. Przedstawiciele tej cywilizacji nic nam o sobie nie mówią, poza przepowiednią, a ich postawa jest raczej wyczekująca i przyglądająca się nam. Jesteśmy dla nich obiektem obserwacji, przyglądają się nam i cierpliwie czekają, aż odrzucimy ideologie i wszelkie żądze, które pchają nas do wojen, i będziemy gotowi do przejścia na wyższy poziom rozwoju duchowego i cywilizacyjnego. Co ważne, Szambaliści nie bronią nam swojej wiedzy, przeciwnie, chcą nam ją ofiarować, to my nie jesteśmy na nią gotowi, rozdarci partykularnymi interesami i wojnami, nie dostrzegamy prawdziwego sensu istnienia.
Choreografia, której autorem jest Wiola Fiuk, podkreśla cechy, jakie zostały przez Autorów nadane obu światom: ludzkiemu i Szambali. W przypadku ludzi jest to choreografia w głównej mierze o wydźwięku wojennym. Pokazuje rasę panów i rasę podludzi przez nich zniewolonych. Niezwykłe są momenty, gdy tancerze ze swych ciał tworzą druty kolczaste pod napięciem, symbolizujące nasączone prądem ogrodzenia obozów koncentracyjnych III Rzeszy. Oszałamiająca jest choreografia Szambalistów, którzy pokazują, że w swoim rozwoju potrafią komunikować się zarówno słowami, jak i tańcem. Jest on ekspresyjny, żywy, pełen emocji, pasji i zapamiętania. W ruchach Szambalistów jest pewna dzikość, co jest zrozumiałe, bo w końcu przez tysiąclecia żyli pod ziemią, zatem z pewnością różnią się w mentalności, kulturze i zwyczajach od ludzi. Jest w nich coś pozaziemskiego: czasem gest, a zwłaszcza ułożenie głowy i szyi, charakterystyczne dla istot spoza naszej planety. Co nie powinno dziwić, gdyż legendy o Szambali podają, że jest to cywilizacja stworzona przez istoty pozaziemskie, władająca ich wiedzą, mądrością i technologią. Jest też w ich tańcu pewna ciekawość – Szambaliści wychodzący na powierzchnię przyglądają się z zaciekawieniem przedstawicielom rasy ludzi. Są jakby przyczajeni, uważni, zainteresowani tym, co widzą. W ich gestach da się wyczuć wyczekiwanie, milczenie, obserwację obcych, jakimi ludzie dla nich są. Szambaliści nie ingerują w losy świata, nie wikłają też ludzkich losów. Czekają na nas. Komunikują się z nami przede wszystkim ruchem, gestem i tańcem, bo używając sanskrytu, pozostają całkowicie niezrozumiali dla ludzi Zachodu. Zatem wszystko musi być wyrażone tańcem i ruchem na scenie. Pod tym względem rock opera „Szambalia” jest wielkim wyzwaniem dla choreografa, ale także szerokim polem do popisu dla jego wyobraźni. Dzięki talentowi Wioli Fiuk, cel Autorów ze wszech miar został osiągnięty. Wspaniała, oszałamiająca choreografia i jednocześnie najciekawsza, jaką miałam okazję oglądać. Poza muzyką, to ona nadaje niesamowity, tajemniczy klimat mieszkańcom podziemnego świata Szambali i sprawia, że istoty te długo jeszcze mamy w pamięci po wyjściu z przestawienia. Obrazy te nie chcą nas opuścić…
Scenografia i kostiumy. Dekoracje i scenografia „Szambali” są dość oszczędne, żeby nie powiedzieć ascetyczne, jeśli mamy na myśli przedmioty w ich tradycyjnym ujęciu, namacalnym. Bo scenografię musicalu tworzy wspaniała gra świateł i cieni, wyreżyserowana starannie i z rozmachem przez Tomasza Filipiaka. Niekiedy sama ciemność jest scenografią, jak w scenie podróży przez podziemne korytarze Królestwa Szambali, które rozświetlają mdłe płomyki lamp naftowych w dłoniach bohaterów – wędrowców. Każdy snop światła, jego natężenie, kolor, kąt, pod którym pada, ma znaczenie, a wszystkie razem tworzą klimat musicalu. Dekoracją jest także muzyka. Jest nią również choreografia.
Na uwagę zwracają kostiumy dla cywilizacji Szambali, zaprojektowane przez Halinę Mrożek. Błyszczące elementy hierarchów i złote maski ludu podziemnego świata od razu wskazują na odmienną kulturę i bogactwo królestwa. Nie ma wątpliwości, że to obca cywilizacja. Są także oryginalne i niepowtarzalne. Nieprzypadkowo znalazły się na afiszu przedstawienia i są symbolem kampanii promującej rock operę.
Muzyka rock opery – od pierwszej nuty uwertury, aż do ostatniego dźwięku – nie przestaje nas zadziwiać. Olśniewa nastrojami, które w sobie niesie i nadaje klimat – niepowtarzalny – każdej scenie. Wiele w tym zasługi muzyków, ponieważ w „Szambali” muzyka jest na żywo, jak w najlepszych przedstawieniach muzycznych świata. Z pewnością nie powiem niczego odkrywczego w tym, że muzyka w operze, czy musicalu tworzy nastrój całego utworu. Tutaj Maciej Pawłowski postawił przed sobą nie lada wyzwanie, ponieważ musiał stworzyć trzy różne motywy tła dla trzech różnych bohaterów zbiorowych: dla nazistów, dla Tybetańczyków i dla Szambalistów. O tym, jak niezwykle trudnym zadaniem jest skomponowanie właściwej muzyki dla kultury Dalekiego Wschodu, która opiera się na zupełnie innych instrumentach, muzyki, która dla zachodniego słuchacza nie brzmiałaby co najmniej dziwnie, przekonali się najwięksi kompozytorzy muzyki filmowej tego świata /za przykład niech posłuży ścieżka dźwiękowa do filmu „Siedem lat w Tybecie”, która dla Europejczyka brzmi niezrozumiale i nie staje się dodatkowym bohaterem, jakim muzyka filmowa być powinna/. Dlatego olbrzymi plus dla Kompozytora „Szambali”, że potrafił umiejętnie pogodzić obie tak różne kultury muzyczne, a jego muzyka harmonijnie łączy ze sobą hitlerowskie Niemcy, Tybet dalajlamy i podziemne królestwo przedwiecznej cywilizacji, nie wywołując w nas dysonansu odbiorczego, a przeciwnie, mamy wrażenie, że motywy te płynnie i harmonijnie przechodzą jeden w drugi, a nawet przenikają się wzajemnie, jakby jeden był naturalną częścią drugiego i odwrotnie.
O ile poeta o uczuciach, które chce przedstawić w libretcie, ma „tylko” napisać, wyrazić je słowami, to kompozytor ma zadanie trudniejsze: musi swoje uczucia zamienić na muzykę i to nią dotrzeć do widzów, to dźwięki mają poruszyć w słuchaczach dokładnie te struny, które sobie kompozytor umyślił szarpnąć, by wywołać odpowiedni efekt. Prawdę powiedziawszy, nie mam pojęcia, co dzieje się w głowie kompozytora, który słyszy uczucia, słyszy obrazy, barwy i przedmioty /które w dodatku nie mówią, a grają/, ale efekt tego procesu jest oszałamiający. To właśnie dzięki muzyce czujemy i przeżywamy wszystko razem z bohaterami, to ona podpowiada nam emocje, przemawia do nas w sposób, z którego do końca nawet nie zdajemy sobie sprawy, przynajmniej jeszcze nie tam, na przedstawieniu. Dopiero potem, gdy instrumenty zamilkną i opadnie kurtyna, pierwsza rzecz, o jakiej myślimy, to muzyka. Jest szeroka, jak przestrzeń, którą musi objąć pięciolinią, epicka, jak historia, którą opowiada, powleczona ciemnością, tak, jak ciemne bywają strony ludzkiej duszy, które opisuje, niekiedy rzuca nas na kolana razem z Ianem, a innym razem podaje dłoń, by nas na powrót na nogi postawić. Jest dramatyczna, pełna mrocznych nut, co zwiastują nieszczęście Szambali i ludziom. Ale ma i piękne, jasne dźwięki, które symbolizują to, co w tej opowieści ponadczasowe. I jest też nostalgią świata – Europy rozczarowanej systemami totalitarnymi, które miały być remedium na kryzys gospodarczy i tęsknotą za starym porządkiem oraz nostalgią Szambali rozczarowanej Europą i cywilizacją wojny i śmierci, w której ludzie wyżynają się wzajemnie z imieniem Führera, Boga, czy Stalina na ustach i tęsknotą za przyszłością, w której ludzkość wreszcie dojrzeje do tego, by naprawdę kochać i myśleć.
Jest w tej muzyce pewna tęsknota. Wielka. Niezaspokojona. Pełna nostalgicznych brzmień, które Kompozytor przemycił do musicalu, wplatając je – celowo, jak sądzę, a może nie – pomiędzy dźwięki. Słychać ją już od pierwszej nuty uwertury, od uderzenia w bębny, a szczególnie w brzmieniu waltorni. Czy to tęsknota za dalekim, tajemniczym światem, który swoją muzyką Kompozytor opisuje? Czy za czymś zupełnie innym, co pozostaje ukryte przed nami? Bo przecież każdy utwór rodzi się z jakiejś tęsknoty. Artysta stara się zatrzymać na wieki nieuchwytne uczucie, wrażenie, czasem obraz i uwięzić go w nutach, w słowach, w pociągnięciach pędzlem, w kamieniu. Tak, by inni też mogli poczuć to samo, co on. W „Szambali” owa tęsknota jest niemal namacalna, czujemy ją przez skórę, jakby naraz otwierały się wszystkie czakry naszego ciała.
Muzyka „Szambali” jest też miłością. Wielką miłością Artysty do jego utworu. Miłością być może przez ludzi niezrozumianą, może przez niektórych uznaną za bałwochwalczą, ale też miłością, którą – kto wie – może tylko inny artysta potrafi wychwycić. Słychać tę miłość w każdej nucie, którą Kompozytor rozpieszcza, jak małe dziecko. Słychać ją w tym, jak się Artysta nutami bawi, jak je układa z radością na strunach jego świata, co niezmiennie ma kształt pięciolinii. Oczywiście, każdy artysta kocha każdy swój utwór i każdy traktuje, jak dziecko. Ale są utwory, które tworzy się inaczej, z entuzjazmem i frajdą graniczącymi z szaleństwem, z miłością, co staje się obsesją. I jeśli się dobrze wsłuchacie, usłyszycie je – i szaleństwo, i obsesję Kompozytora – w każdym dźwięku „Szambali”.
Przesłanie utworu. Zapewne ilu widzów na premierze, tyle możliwych interpretacji przedstawienia i każdy znajdzie w nim coś, co szczególnie go zastanowi i co poruszy w nim wrażliwe miejsca. Dla mnie głównym przesłaniem utworu jest dążenie do wolności od wszelkich kajdan. I nie chodzi tu wcale o kajdany w dosłownym znaczeniu, choć pojawiają się w musicalu więźniowie obozu uwięzieni za drutami. Autorzy wskazują przede wszystkim na wolność umysłów. Na przykładzie hitlerowskich Niemiec i Hansa ukazane są losy narodu o wykrzywionym, jednostronnym myśleniu, przesiąkniętym ideologią nazistowską. Te umysły trudno byłoby nazwać wolnymi i otwartymi, jeśli uznają tylko jedną słuszną doktrynę i wodza. Bo ideologia – jakakolwiek, także pokojowa – jest zawsze zniewoleniem umysłów. Jest narzuceniem pewnych sztucznych reguł, niekiedy zbrodniczych, niekiedy pokojowych lub pozornie pokojowo nastawionych. Jest też czymś obcym i zewnętrznym, jest uwstecznieniem społeczeństwa, w jakim człowiek żyje. Bo umysł zawsze rodzi się wolny i do wolności dąży. Żadne niemowlę nie rodzi się z ideologią wbudowaną w szare komórki i strategie behawioralne. W opozycji do zatrzaśniętych na głucho umysłów stoi cywilizacja Szambali, w której nie ma żadnej ideologii świeckiej i sakralnej, w tym nie ma religii /jakkolwiek jest to cywilizacja legendarna, mistyczna niemal i pełno tam tajemniczych rytuałów, jest to także w całości cywilizacja laicka, na co warto zwrócić uwagę/. Jedyną „religią” Szambalistów jest wiedza, mądrość, rozwój duchowy i medytacja. Ich umysły, nie zlepione ideologiczną papką /np. o wyższości rasy aryjskiej nad pozostałymi/ mogą poszukiwać nowych rozwiązań, gromadzić wiedzę, bez narażania się na zarzut nieprawomyślności, czy wręcz herezji, rozwijać naukę w sposób pokojowy /bo skoro nie ma ideologii, nie ma też nienawiści i wspólnego wroga, bez względu na to, kim ten wspólny wróg miałby być (Żydem, kapitalistycznym imperialistą, szatanem), a co za tym idzie, nie ma także wojny/. Umysły mieszkańców Szambali, ich emocje i uczucia, są w stanie niezakłóconej równowagi i spokoju. Nie znają oni zbrodni, ani krzywdy, także pomiędzy sobą. Są otwarci na każdą istotę i żadnej a priori nie odrzucają z powodu jej inności. Oczywiście, jest to stan utopijny i Autorzy doskonale o tym wiedzą. Wiedzą także – i jest to pokazane – że ludzkość nie jest w stanie osiągnąć takiego stopnia równowagi /nie była w stanie podczas II wojny światowej, ani teraz też nie/, właśnie ze względu na fakt, że i dzisiaj nasze umysły zbyt często są zniewolone, zamknięte na wszelkie odmienności. A patrząc na aktualną sytuację polityczną świata, wojny ideologiczne /także religijne/ nie są wcale czymś anachronicznym i niestety także nam, światłym ludziom XXI wieku, mogą się one przydarzyć i zdarzają się. Rock opera „Szambalia” pokazuje nam także, jak daleko moglibyśmy zajść, gdyby nie zamknięte umysły. Patrząc na przykład daleko rozwiniętej cywilizacji Szambalistów, my jesteśmy jeszcze w epoce kamienia łupanego: pod względem technologicznym, ale przede wszystkim duchowo i mentalnie jesteśmy daleko w tyle, pod względem wiedzy, która permanentnie jest czymś hamowana, także pod względem kultury. Ludzkość wciąż nie jest gotowa na przyjęcie zdobyczy myśli Szambali. I jeśli ta cywilizacja naprawdę żyje gdzieś pod ziemią, całe szczęście, że nie chce się z nami komunikować, bo nasze umysły nie dojrzały jeszcze, by właściwie wykorzystać jej wiedzę i mądrość. Raczej skończyłoby się, jak z Hansem, który zamiast kryształ Szambali wykorzystać w jakimś pokojowym celu, dla polepszenia życia i świata, postanowił wykorzystać jego moc do konstrukcji broni o niszczycielskiej sile.
„Szambalia” w nieco węższym zakresie jest też opowieścią o zniewoleniu człowieka przez człowieka – znów na przykładzie III Rzeszy wykorzystującej niewolniczą pracę żydowskich więźniów. Tutaj jest to pokazane na przykładzie obozów pracy, które naprawdę istniały w Ludwikowicach Kłodzkich: AL Ludwigsdorf I i AL Ludwigsdorf II oraz sąsiadującego z nimi kompleksu trzynastu obozów o zbiorczej nazwie AL Riese. Wszystkie one stanowiły filie KL Gross – Rosen. W utworze Niemcy wykorzystują pracę więźniów, Hans wykorzystuje Josefa o żydowskim pochodzeniu do pracy przy konstrukcji broni opartej na mocy kryształu Szambali /zgodę Josefa trudno bowiem nazwać dobrowolną/. Podłożem tego wszystkiego jest znów ideologia /nazistowska/, która pozwala jednym ludziom uważać się za lepszych od całej reszty, a Żydów nie traktować w ogóle, jak istoty ludzkie.
I wreszcie „Szambalia” jest opowieścią o przyjaźni. Hans, Ian i Joseph przyjaźnią się od czasów studiów i nie przeszkadzają im drobne różnice w dążeniach i pochodzeniu. Ale gdy zjawia się ideologia, rozsadza ona przyjaźń od środka. Trudno przyjąć, że to kryzys gospodarczy i samobójstwo ojca zmieniło Hansa. Ono tylko popchnęło go do wstąpienia do SS. Gdyby nie istniała taka organizacja o silnym zabarwieniu ideologicznym, gdzie młodzi ludzie znalazłszy się nagle w pustce emocjonalnej i w kryzysie wartości, mogliby się schronić, Hans prawdopodobnie nigdy nie stałby się gorliwym współpracownikiem Führera i zbrodniarzem III Rzeszy. Nigdy też nie podniósłby ręki ani na przyjaciół, ani na kogokolwiek. Ian i Joseph, nie dotknięci żadną ideologią, zachowują swoją przyjaźń, ale naznaczone wojną ich dzieje, piętnem, jakie odciska na nich żądza władzy i ambicja Hansa, a wreszcie śmierć Josepha z ręki przyjaciela, sprawiają, że to, co na początku musicalu łączy ich trzech, ginie bezpowrotnie wśród kurzu wojny i oparów nazistowskiej wizji świata. Człowiek człowiekowi staje się wilkiem i nie mają już żadnego znaczenia więzy przyjaźni.
„Szambalia” jest też głosem na temat priorytetów, które ludźmi kierują, ich ambicji, marzeń, dążeń, żądz – jak sami Autorzy wskazują. Niektóre z tych żądz pozytywnie wpływają na losy ludzi, jak: ciekawość świata, chęć odkrywania innych cywilizacji, żądza wiedzy, tworzenie wynalazków, zawodowe ambicje. Ale są też żądze niszczące – znów na przykładzie Hansa – jak chorobliwa, niepohamowana ambicja i gorączkowa żądza władzy. One są przyczyną nieszczęść Iana, Pas, Morgan i Josepha, ale też prowadzą do klęski samego Hansa, który ginie na progu Szambali, której świat miał w zasięgu ręki, ale ambicja go zjadła, jej ogień spalił jego samego. A taka ambicja, która pcha człowieka ciągle dalej i dalej, zachłanna jest, bo każe porzucić mu wszystko inne. A gdy człowiek całe swoje życie jej już podporządkuje i gdy nareszcie w swej wędrówce dotrze na sam szczyt, do którego biegł całe życie, okazuje się nagle, że nic tam nie ma… Także dlatego Hans jest największym przegranym tego utworu.
Po burzliwych oklaskach gasną światła rampy, milkną instrumenty i amfiteatr zasypia ciszą, ciemnością i snem Artysty, co teraz żyje w nas. Późną, czerwcową nocą wracamy do rzeczywistości po zakończonym przedstawieniu, zabierając go ze sobą, a przed oczami nadal mamy roztańczone girlandy barw, w naszych głowach grają wciąż te kolorowe, rozśpiewane iluzje, ogłuszająco piękne. Wiele jeszcze dni potem wraca się do nich myślami, z przyjemnością, nostalgią i tęsknotą.
„Szambalia” naprawdę jest snem… Pełnym grających obrazów, roztańczonych, kolorowych, rozśpiewanych widziadeł, co zjawiają się i pierzchają ulotne przed naszymi oczami, jakby tylko nam się śniły, omglonych, tajemniczych krain, co drzemią głęboko pod ziemią, zarastając czasem… Snem, który te baśniowe krainy ożywia na scenie, a widz pozwala się, niczym zachwycone dziecko, poprowadzić plątaniną ich korytarzy w umysłach Autorów, oszołomiony i onieśmielony ich urokiem… Tak. Szambalia jest wielkim snem Artysty. I 24 czerwca, na jeden wieczór, ten sen był nasz.